Po długim dniu, zmęczony, być może także zdenerwowany, wracasz do domu. Na nogach trzyma cię tylko wizja Twojego ulubionego fotelu lub kanapy, herbaty i książki, która na ciebie czeka. Wspinasz się po schod(k)ach, nieskończenie długo szukasz kluczy i w końcu wchodzisz do środka. Rzeczy rzucasz w kąt, myjesz ręce i, już w nieco lepszym nastroju, podążasz do kuchni i zastawiasz wodę na herbatę.  Przynosisz książkę w czasie, gdy woda się gotuje, kładziesz ją obok miejsca, w którym oddasz się lekturze. Spokojnym krokiem wracasz do kuchni, by zalać liście twojego ulubionego gatunku. Wracasz do pokoju, zasiadasz w fotelu (a może na kanapie?) i przyglądasz się okładce. Czujesz dziecięcą ekscytację na myśl o czekającej na ciebie historii. Otwierasz książkę i przewracasz pierwsze kartki szukając miejsca, w którym zaczyna się właściwa opowieść. Zaczynasz czytać.
czytaj dalej

Po kilku minutach odrywasz się od lektury. Postanawiasz pozbyć się torebki z liśćmi, napój na pewno jest już gotowy. To pierwszy zły znak – pierwsze strony powinny porwać cię na tyle byś, jak zwykle, zapomniał o zaparzonej herbacie. Nie przejmujesz się tym jednak zbytnio, bierzesz łyk jeszcze zbyt gorącego płynu i wracasz do książki. Czytasz.

Kilka chwil później orientujesz się, że choć przebiegasz akapit wzrokiem, nic do ciebie nie dociera. Wracasz do początku strony. Nieświadomie zaczynasz bawić się leżącym obok telefonem. Przypadkiem rozświetliłeś ekran, co przyciąga twoje spojrzenie. Widzisz, że znajomy wysłał do ciebie jakieś pytanie. Odpowiem – stwierdzasz. Wystukując wiadomość zaczynasz chodzić po pokoju, tu coś poprawiasz, tam coś sprzątasz. Przypominasz sobie, że tak właściwie powinieneś wstawić pranie. To już drugi znak – chęć dowiedzenia się co wydarzy się na kolejnej stronie powinna być silniejsza od… chęci zrobienia prania.

Resztę wieczoru przeznaczasz na inne zajęcia, sprzątasz coś jeszcze, robisz sobie kanapkę, a później być może włączasz kolejny odcinek serialu. Nim się obejrzysz nadchodzi pora kładzenia się do łóżka. Wzdychasz, wydobywasz się sprzed ekranu i ruszasz na poszukiwania piżamy. Kilkanaście minut później gasisz duże światło zostawiając jedynie małą lampkę i wsuwasz się pod kołdrę. Ważysz w dłoni książkę, którą wcześniej z przyzwyczajenia położyłeś obok łóżka. Wzdychasz, ale postanawiasz dać jej jeszcze jedną szansę. Kto wie, może wreszcie się wciągniesz?

Dwadzieścia minut później stwierdzasz, że nie zależy ci na czytaniu następnego rozdziału. To już trzeci znak – bardzo źle wróżący tej lekturze. Z kolejnym westchnieniem odkładasz książkę na bok i gasisz światło. A następnego dnia… po prostu nie masz ochoty do niej wrócić.

Dlaczego czasem nie mam ochoty wrócić do książki?

Powodów może być wiele. Czasem niewyobrażalnie drażni mnie styl autora, innym razem główny bohater doprowadza mnie do szału. Zdarza się, że książka okazuje się nie dorastać do moich oczekiwań albo, najzwyczajniej w świecie, przedstawia temat w niesamowicie nudny sposób. Niejedną powieść porzuciłam też przez znamienne uczucie deja vu, niestety nie tak łatwo jest trafić na coś świeżego, nie powielającego schematów. Nie lubię także traktowania czytelnika jak idioty ani pisania bez celu.

Dlaczego pozwalam sobie porzucać książki w połowie? I dlaczego Ty też powinieneś?

Wychodzę z założenia, że czytanie ma być przyjemnością. Oczywiście, zdarzają się książki, które trzeba przeczytać, zdarzają się też lektury trudne, ale warte wysiłku. Nie o nich teraz piszę. Myślę o tych książkach, dla których wracamy do domu po męczącym dniu i od których oczekujemy oderwania nas od rzeczywistości na kilka godzin. Jeśli nie spełniają swojego zadania, nie ma sensu przy nich obstawać – tak samo jak nie warto zatrudniać pracownika niezdolnego do wypełniania swoich obowiązków. Drugim, bardzo zresztą logicznym powodem jest zdanie, które wielu z nas tak często powtarza.

So many books, so little time.

Dlaczego mielibyśmy tracić czas na książkę, która nie sprawia nam przyjemności, gdy czeka na nas tak wiele innych pozycji? Nie wiem jak jest w Waszym przypadku, ale moja lista książek do przeczytania nigdy nie staje się krótsza, a raczej poszerza się o kolejne pozycje, które chciałabym przeczytać już teraz, zaraz. Muszę jednak przyznać, że nawiedzają mnie wyrzuty sumienia, gdy nie kończę kilku książek pod rząd.

Nie namawiam jednak do porzucania każdej rozpoczętej książki po 20 minutach lektury, proszę mnie o to nie posądzać. Choć czasem człowiek natychmiast czuje w kościach, że to nie jest książka dla niego, w większości przypadków niełatwo to stwierdzić bez przeczytania chociaż tych 20%. Książce trzeba dać szansę na wykazanie się, bo kto wie, może powieść jednak nam się spodoba, może przegapimy nową ulubioną pozycję…  

Kilka spośród wielu niedokończonych przeze mnie książek

Sue Monk Kidd, Sekretne życie pszczół

To była dobrze rokująca książka, przez pierwsze 40% powieści, pomimo kilku zgrzytów, przepłynęłam. Później niecne zagrania autorki irytowały mnie coraz bardziej, co odebrało mi przyjemność czerpaną z lektury. Ten stan z każdym kolejnym rozdziałem tylko się pogłębiał, a że nie udało mi się emocjonalnie związać z bohaterami ani z samą historią – zdecydowałam się porzucić „Sekretne życie pszczół”. Przeczytałam około 80% książki.

O tej pozycji pisałam już na blogu – kliknij po więcej.

Brandon Sanderson, Z mgły zrodzony

To książka, po której zupełnie nie spodziewałam się dołączenia do grona niedokończonych. Z perspektywy czasu wiem już dlaczego tak się jednak stało. Moją przygodę z autorem zaczęłam od całkiem dobrego „Elantris”. Następną w kolejności była „Droga królów”. I tu leży pies pogrzebany. UWIELBIAM rozpoczęty przez „Drogę” cykl Archiwum Burzowego Światła. Sam Sanderson przyznaje, że to dzieło jego życia. No i cóż, po zmierzeniu się z tak dobrą książką, „Z mgły zrodzony”… nie wywarł na mnie żadnego wrażenia. Miałam zbyt wysokie oczekiwania? Porzuciłam książkę mniej więcej w połowie.

Henri Charriere, Papillon

Po przeczytaniu 1/3 tych drobno zadrukowanych 600 stron stwierdziłam, że nie mam ochoty kontynuować lektury. Początek nawet mi się podobał, alepo dwustu stronach nie miałam już siły. Okładka nie kłamie – ta książka to historia niekończącego trafiania do więzienia i uciekania, trafiania do więzienia i uciekania, trafiania do więzienia i uciekania, trafiania do więzienia i uciekania… Chyba dostrzegacie już pewien wzór? Doprawione jest to wszystko niezbyt dobrym warsztatem i sporą szczyptą narcyzmu. Lektura może więc znużyć.

Inne porzucone przeze mnie pozycje przejrzysz tutaj. Uwielbiam wykorzystywany przez użytkowników Goodreads patent – tworzenie wirtualnej półki o nazwie dnf, od angielskiego did not finish – nie skończyłam.

Pytania do Was

A Wy? Jakiej książki nie dokończyliście? Dlaczego? A może nie pozwalacie sobie na porzucanie książek w połowie?