W mojej rodzinie od wieków powtarzana jest pewna historia. Historia mojej pierwszej wizyty w kinie.

Miałam wtedy 6 lat. Mogę być tego pewna, bo „Kubuś i Hefalumpy” to film z 2005 roku. Mieszkałam wówczas na wsi. Pewnego dnia odbyłam z mamą wycieczkę do Piły, czyli największego miasta w tamtych okolicach. Bywałam tam już wcześniej, musiałam, bo w tamtych latach często kursowałam do Poznania i z powrotem, właśnie przez Piłę. 

Piła była duża. Trochę głośna. Kojarzy mi się z deszczem i mokrymi ulicami. Pamiętam ją tylko w tej odsłonie. I jako miejsce akcji Historii. 

Tak więc: poszłyśmy do kina. To mógł być nawet mój urodzinowy prezent – nie wiem, nie pamiętam. Nie mam też pojęcia, co to było za kino. Było niewielkie, a fotele miały cudowną barwę głębokiej czerwieni. Zgasły światła. Patrzyłam, zafascynowana. Uważnie śledziłam poczynania Kubusia Puchatka. 

Dopóki bardzo głośno nie wypaliłam: „Mamo, kto tu ma pilota? Tu jest za głośno!”

magia kina
Photo by Thomas Charters on Unsplash

Początek mojej przygody z kinem był więc dość spektakularny i zapewnił mi wieloletnią sławę w rodzinno-przyjacielskich kręgach. W kolejnych latach kino często przewijało się przez moją codzienność. W podstawówce często lądowałam w multipleksach z moją klasą. Lubiłam zanurzać się w fotelu, a nadmiernie gadatliwych rówieśników uciszałam prztyczkiem w nos. Pamiętam, że chadzałam też z mamą na weekendowe seanse.

W wieku lat trzynastu porwałam się na konkurs Centrum Sztuki Dziecka i skończyłam jako młoda jurorka festiwalu Ale Kino. To było jedno z tych #lifechangingexperiences.

Ciekawostka: rozpłakałam się, gdy dowiedziałam się, że dostałam się do jury.

Nie, nie ze szczęścia. Mój trzynastoletni honor został urażony tym, że przydzielono mnie do jury dziecięcego. Bardzo się cieszę, że namówiona przez mamę jednak zwinęłam ten honor, schowałam go do plecaka i pojawiłam się na rozpoczęciu festiwalu. Tydzień przesiadywania w kinie, oglądania filmów odbiegających od tych serwowanych mi przez mainstreamową kulturę, dyskutowania, rozmawiania z reżyserami… cóż, ten tydzień sprawił, że wpadłam po uszy.

Moja kinomania osiągnęła prawdziwe apogeum jakiś rok później. Obejrzałam wtedy kilkaset filmów, a każdą wolną chwilę poświęcałam na wolontariat na festiwalach filmowych wszelkiej maści. W podobnym okresie moje życie zmieniło się po raz kolejny, bo przekonałam się do chodzenia do kina bez towarzystwa. To było odkrycie roku. To wtedy zaczęłam w pełni doceniać tę szczególną kinową atmosferę, tak pełną skupienia i fascynacji, skutkującą poświęcaniem obrazowi całkowitej i niepodzielnej uwagi.

magia kina
Photo by Rene Böhmer on Unsplash

Choć moja przygoda z kinami zaczęła się od pytania o pilota (eh), bez AleKina nie zagłębiłabym się w kinowy świat. AleKino jest też powodem, dla którego w tym tygodniu zaczęłam zastanawiać się nad tym, co takiego właściwie jest w kinie i festiwalach filmowych.

AleKino rusza w Poznaniu już w tę niedzielę i potrwa do 10 grudnia. Naprawdę szkoda byłoby to przegapić. Nikt mnie nie przekupił, naprawdę. Piszę to szczerze i całkowicie poważnie. AleKino to festiwal filmów dla młodego widza, ale odnajdą się na nim osoby pięcio-, piętnasto- i trzydziestopięcioletnie. AleKino to też możliwość zanurzenia się w kinowy fotel, prowadzenia długich dyskusji, poznania reżyserów i aktorów oraz  zrobienia sobie głupich zdjęć z Alekiniakami. Jest to też jedyna w swoim rodzaju szansa na zobaczenie kina, które bez starań organizatorów festiwalu nigdy by do nas nie dotarło. Australia, Meksyk, Ekwador, Japonia, Kanada, Skandynawia… i dziesiątki innych krajów zagoszczą na tydzień w Poznaniu.

Warto. Po prostu. Dla tej magii kina.

Pełen program festiwalu znajdziecie tutaj. Mnie na pewno spotkacie na projekcjach filmów Po prostu Charlie (o dziewczynie uwięzionej w ciele chłopca), Nierozłączne (o bliźniaczkach syjamskich wykorzystywanych przez rodziców do zbijania fortuny), Vincent (film pełen cudownego czarnego humoru – #sold; na dodatek aktor grający główną rolę pojawi się po seansie!), a być może również na spektaklu na podstawie absolutnie magicznej książki „Kasieńka„.

Mam do Was trzy pytania. I jestem naprawdę ciekawa Waszych odpowiedzi. Piszcie.

Chadzacie do kina sami? Co takiego jest w tym całym kinie? Zobaczę Was na festiwalu?

  • sbrys

    Chodzę samemu – głównie z tego powodu, o którym wspomniałaś, ale nie przeszkadza mi, jak ktoś mi towarzyszy 😉 W kinie ja przede wszystkim – choć to być może brzmi zbyt gornolotnie – szukam pytań i odpowiedzi na nie, lubię dowiedzieć się czegoś nowego, wyjść z pewnego schematu, potem pomyśleć samemu lub podyskutować z kimś o tym, co zobaczyłem. Sporo filmów daje takie poczucie oderwania się od rzeczywistości: i za sprawą warstwy wizualnej, i tej typowo wynikającej z fabuły. No a Ale Kino nie jestem sobie w stanie odpuścić, jestem zbyt przywiązany do tego festiwalu:)

  • We mnie miłość do kina zaszczepili rodzice, którzy od najmłodszych lat zabierali mnie na co ciekawsze seanse. Później trochę przygasła, bo nikt z moich znajomych jej nie podzielał, a samemu do kina „jakoś tak głupio”. Niedawno jednak odkryłam jak fantastyczne jest chodzenie do kina samemu, kiedy całą uwagę można poświęcić filmowi także podpisuję się pod tym co mówisz w pełni. A filmy fascynują mnie z podobnych przyczyn co literatura – niektóre dają poczucie kompletnego oderwania od rzeczywistości i możliwości pobycia w innym świecie przez trochę, niektóre wnoszą nowe wartości do mojego życia i pomagają zrozumieć coś ważnego, inne są z kolei świetną rozrywką. Tak się rozmarzyłam, że chyba najwyższa pora znowu iść na coś do kina, bo na festiwal niestety mi nie po drodze, ale w przyszłym roku może w końcu się uda 😉