Bookathonowe wyzwania udało mi się wypełnić już poprzednimi lekturami, teraz moim celem jest przeczytanie jak największej ilości stron. Za mną 1487 (częściowo elektronicznych) stron. Ostatnich 156 zawdzięczam tomikowi wierszy, z którym się dziś zmierzyłam.

    Pisanie o wierszach jest trudne, a ocenianie poezji – jeszcze trudniejsze. W tomiku zawsze znajdą się wiersze, które przepływają przez głowę nie zostawiając po sobie żadnego śladu. Jeśli jednak ma się szczęście, natrafia się też na kilka takich, które na chwilę się tam zatrzymują.

czytaj dalej


    Nie sposób mówić o wierszach bez wierszy. Nie da się streścić zawartości tomiku w podobny sposób, w jaki robi się to z powieścią. Mogę wymienić słowa klucze, które przewijają się przez zbiorek Lovelace – książki, samotność, związki, śmierć, zaburzenia odżywiania, strach, miłość, akceptacja, siła. Podzielę się też fragmentami, które wywarły na mnie pewne wrażenie.

 Doceniam

wspaniały tytuł, szczerość, rozprawianie się z własnymi demonami, miłość do książek, zabawę formą, igranie ze słowami, kilka celnych zdań oraz garść dobrych wierszy.

Narzekam

na niektóre wiersze. Co jest naturalne, bo rzadko tomik w całości trafia do jakiegokolwiek czytelnika. Mnie zmęczyła jego trzecia sekcja, którą Lovelace poświęciła swoim związkom (także toksycznym) z mężczyznami i członkami swojej rodziny. Choć rozumiem potrzebę spisania bólu, zmęczył mnie też cykl wierszy dotyczących śmierci matki.

Irytowało mnie też nagromadzenie „shine” i „bright”, ciągłe powtarzanie czytelnikowi (sobie?) jakim wspaniałym jest człowiekiem. Mam wrażenie, że to jeden z popularniejszych obecnie nurtów w poezji – namawianie do self-love, self-acceptance. I choć misję uważam za słuszną, niektóre wiersze wywołały we mnie pogardliwy grymas. Brzmiały… sztucznie, zbyt słodko. Uderzały w fałszywą nutę.

Moje wrażenia

Na samym początku przyznałam, że niełatwo przychodzi mi ocenianie poezji. Lovelace otrzymuje ode mnie rozmazaną połowę gwiazdek. Rozmazaną – bo nie umiem wystarczająco wyostrzyć mojej oceny. Kilka wierszy spodobało mi się bardzo, wiele po mnie spłynęło, niektóre mnie zirytowały. To nadal całkiem dobry bilans – z poezją często jest tak, że nawet najmniejszy jej fragment do człowieka nie trafia.

Instrukcja obsługi „the princess saves herself in this one”

Koniecznie przygotuj herbatę i usadów się w wygodnym fotelu lub godnej jego alternatywie. Nie czytaj w środkach komunikacji miejskiej, bo niektóre wiersze mogą wywołać zbyt duży szok. Bądź krytyczny. Nie dawaj owinąć się autorce wokół palca. Patrz z dystansu. Wyjątkowym fragmentom przyjrzyj się bliżej. Doceń to, co warte docenienia, ale nie udawaj zachwytu nad każdym pojedynczym słowem.

Przeczytaj, przemyśl i wróć tutaj – by ze mną podyskutować.

Tomik możesz kupić na Amazonie. Ebook kosztuje obecnie  style=niecałe 4 dolary, zapłacisz więc mniej niż 15 zł. Papierową kopię kupisz za 8 dolarów, trzeba jednak cierpliwie zaczekać na dostawę. Nieco drożej, ale za to z darmową (i szybszą – bo z UK) wysyłką kupisz też na Book Depository.

Pytanie do Was

Czytacie poezję? Czy trzymacie się od niej z daleka? Dlaczego? 

Bookathon to tygodniowe wyzwanie książkowe. Uczestnik ma za zadanie przeczytanie pozycji wpisujących się w wymyślone przez organizatorów kategorie. Wyzwań jest siedem, sześć z nich narzuca wybór książki, a siódme namawia do przeczytania 1500 stron w czasie trwania maratonu. Wyzwania to: wakacje z duchami; rozpoczęcie lub dokończenie serii, autor o twoim imieniu lub inicjałach, lato z kryminałem, książka z twoim zawodem, wakacyjna miłość. Wykonałam już wszystkie, teraz celem jest jak największa liczba stron. Przeczytałam ich już 1487. Dziś trwa piąty dzień Bookathonu.